Zamknij
REKLAMA

MAKABRYCZNY WYPADEK ucznia Szkoły Podstawowej nr 1 [WIDEO]

10.01, 13.10.2022 M.W. Aktualizacja: 11.11, 13.10.2022
Skomentuj Dawid Gaj twierdzi, że wpadł do piwnicy po tym, jak oddalił się z terenu Szkoły Podstawowej nr 1
REKLAMA

Zamiast świadectwa na zakończenie roku szkolnego, mógł być… akt zgonu. Uczeń klasy drugiej Szkoły Podstawowej nr 1 w Miastku, Dawid Gaj, mógł zginąć podczas zajęć lekcyjnych. Jego rodzice mają wielkie pretensje do dyrekcji placówki, która podobno niewłaściwie zareagowała. Matka, Ewelina Gaj twierdzi, że nie dość, że nie wezwano karetki pogotowia ratunkowego, to jeszcze dyrektor podobno działał tak, jakby chciał sprawę ukryć. Ona nie zamierza milczeć. Ze szczegółami opowiada o tym, co wydarzyło się w czwartek 8 września, gdy jej syn wpadł do piwnicy z wysokości około 4 m. Gdy cały zakrwawiony przyszedł do szkolnego sekretariatu, karetki nie wezwano. 

Dawid przedstawia bardzo dokładną relację z tamtych wydarzeń. Zeznaje, że wraz z kolegą z klasy pierwszej oraz z jednym starszym uczniem, w czasie przerwy, oddalili się poza teren szkoły. Dawid Gaj twierdzi, że na podwórku nie było nikogo dorosłego - nauczyciela dyżurującego. Udali się w pobliskie tzw. ruiny. Początkowo rzucali kamieniami, aby powybijać szyby w tym budynku. W pewnym momencie zauważyli piwnicę. W tym miejscu znajdował się odkryty właz, nad którym stanął mały Dawid Gaj.

- Cofałem się, ale mój kolega Dominik powiedział, żebym przeskoczył nad dziurą, która znajdowała się nad piwnicą. Wahałem się, a on wtedy podbiegł i mnie popchnął. Spadłem na dół - opowiada.

Jak relacjonuje, spadł z około 4 m. W piwnicy były potłuczone butelki, strzykawki i różne inne odpady, ale na szczęście nie spadł na nic niebezpiecznego. Podniósł się. Z twarzy lała mu się krew, również z tyłu głowy. Miał liczne, powierzchowne rany. Jak zeznaje, do piwnicy po schodach zbiegł jego starszy kolega, a ten, który miał go zepchnąć, uciekł. 

- Jak wstałem, to trochę kręciło mi się w głowie - zaznacza uczeń drugiej klasy. 

Starszy kolega zaprowadził go do szkoły. Trafili do sekretariatu, gdzie założono mu opatrunki, bo cała głowa była we krwi. Wezwano też matkę, która pobiegła do szkoły. Kobieta była przerażona, gdy przez telefon usłyszała, że jej syn miał wypadek. 

- Zadzwonili do mnie dokładnie o godz. 13:47. Pani ze świetlicy powiedziała, że syn miał wypadek i mam po niego szybko przyjść. Gdy go zobaczyłam, przeraziłam się - opowiada Ewelina Gaj. - Najgorsze jest to, że nikt ze szkoły nie wezwał karetki. Powiedzieli mi nawet, że do lekarza nie trzeba iść, bo to są tylko zadrapania. Odczuwamy to tak, jakby obawiali się nagłośnienia tej sprawy.

Jak mówi, nie brała pod uwagę opinii usłyszanej w szkole. Po powrocie do domu umyła syna i zabrała do lekarza. W szpitalu usłyszeli, że natychmiast trzeba zabrać go do karetki i jechać do Słupska, na specjalistyczne badania. Dokładnie tak się stało. 

- Początkowo w Słupsku powiedzieli, że będziemy musieli zostać do kolejnego dnia, ale po wykonaniu badań tomografem komputerowym okazało się, że obrażeń wewnętrznych nie ma, więc około północy zostaliśmy wypisani do domu - zeznaje Ewelina Gaj. - Moim zdaniem w takim przypadku szkoła powinna wezwać pogotowie, a przede wszystkim na podwórku powinien być nauczyciel, który nie pozwoliłby dzieciom wyjść poza podwórko.

Kobieta podkreśla, że oddając syna do świetlicy podpisała dokument, w którym szkoła zobowiązuje się do zapewnienia mu opieki. Teraz ma wątpliwości czy opieka jest właściwa, skoro dochodzi do takich wypadków. Zapowiada, że będzie starać się o odszkodowanie ze strony szkoły, za uszczerbek na zdrowiu.

- Drugiego dnia, po powrocie ze szpitala, poszłam do dyrektora i zapytałam czy zamierza tę sprawę wyjaśnić. Czy ten uczeń, który zepchnął mojego syna został zawieszony? Dyrektor powiedział, że nic takiego się nie stało. Podobno usłyszał inną wersję, jakoby mój syn sam do tej dziury wpadł - opowiada mieszkanka Miastka. - Poinformowałam dyrektora, że po wyjściu z jego gabinetu zgłaszam sprawę na policję i dokładnie tak uczyniłam. Mam nadzieję, że policjanci dokładnie to wyjaśnią. 

Ewelina Gaj zaznacza, że nagłaśnia tę sprawę również dlatego, żeby szkoła zwróciła szczególną uwagę na opiekę nad dziećmi, zwłaszcza w czasie przerw lekcyjnych. Wszystko po to, żeby nie dochodziło już do podobnych, niebezpiecznych zdarzeń.

- Ja rozumiem, gdyby to się stało w czasie przerwy, ale w budynku szkoły, np. gdy jeden drugiego popchnie i syn spadłby ze schodów. W tym przypadku nie dopilnowano dzieci na przerwie. Oddaliły się i doszło do wypadku, a później jeszcze karetki nie wezwali - zaznacza.

KWESTIA WYCHOWANIA?

Początkowo dyrektor Szkoły Podstawowej nr 1, Jerzy Wójtowicz, nie odbierał telefonu. Zainterweniowaliśmy u naczelnik Wydziału Oświaty i Rozwoju Społecznego Urzędu Miejskiego w Miastku, Haliny Gierszewskiej. Po tej rozmowie dyrektor zadzwonił. Z treści rozmowy wynika, że nie ma on sobie nic do zarzucenia. 

- Rzeczywiście ten chłopiec jest zapisany na świetlicę, ale działa ona w taki sposób, że jak jest przerwa, to dzieci wychodzą na zewnątrz. Przytaczany w artykule Dominik był pod opieką swojej mamy, a Dawid Gaj pod opieką w świetlicy. Rzeczywiście prowodyrem był ten drugi chłopiec. Oni tam razem poszli. Na boisku byli nauczyciele dyżurujący. Zawsze jest ich dwóch - jeden z przodu szkoły, a drugi na terenie boiska. Obszar jest duży i nawet gdyby było trzech nauczycieli, nie da się wszystkich dzieci upilnować. Dlatego dzieciom udało się wyjść poza teren szkoły. W związku z tym, zarzut braku opieki jest bezpodstawny. Możemy to udowodnić, bo są nagrania ze szkolnego monitoringu - zapewnia dyrektor Wójtowicz. 

Deklaruje, że wszystko przebiegło zgodnie z przepisami w momencie, gdy poszkodowany chłopiec został przyprowadzony do szkoły. 

- Było pytanie w jaki sposób to mu się stało. Czy ktoś go zepchnął? Twierdził, że sam się przewrócił. Działo się to w sekretariacie. Jest kilka osób, które mogą to potwierdzić - zapewnia Wójtowicz. 

Twierdzi on, że w poniedziałek 12 września szkolna pedagog przepytała wszystkich chłopców, którzy mogli być świadkami w tej sytuacji. 

- Niezależnie od siebie każdy indywidualnie potwierdził taką samą wersję, że wyszli na teren poza szkołą, wytłukli szybę i w tym momencie poszkodowany chłopiec zaczął uciekać. Potknął się i przewrócił się na kamieniach - zeznaje dyrektor.

Zapewnia on, że od chłopców nie słyszał wersji o wpadnięciu do piwnicy. Nie potrafi wytłumaczyć w jaki sposób chłopak znalazł się w tym pomieszczeniu. 

- Twierdzili, że żaden z nich nie wchodził do tej piwnicy - opowiada dyrektor.

Zastrzega on, że nawet jeśli doszło do wpadnięcia do piwnicy, to żaden z chłopców nie powiedział tego podczas zeznań, w tym szczególnie Dawid Gaj. Dyrektor podejrzewa, że być może jest to forma obrony ze strony poszkodowanego chłopaka. 

Co do braku powiadomienia karetki, Wójtowicz też nie ma sobie nic do zarzucenia. 

- Zaraz po wypadku był telefon do mamy w celu poinformowania o tej sytuacji. Mama powiedziała, że od razu udaje się do szkoły. Stwierdziliśmy, że skoro za chwilę mama będzie, to nie będziemy dziecka wysyłać karetką. Proszę wyobrazić sobie sytuację, że karetka wywozi go do Słupska z jakimś opiekunem ze szkoły, a mama w tym wszystkim nie uczestniczy. To była kwestia kilku minut, zanim mama Dawida przyszła - zeznaje dyrektor. - Należy podkreślić, że chłopak wprawdzie źle wyglądał, bo był obdrapany i krew z ran leciała, ale nie uskarżał się na żadne dodatkowe dolegliwości. To była kwestia kilku minut, zanim mama pojawiła się i zabrała go do lekarza. 

Dyrektor Szkoły Podstawowej nr 1 zapewnia, że dzieci są uczulane na fakt wychodzenia poza teren placówki.

- Więc w tym przypadku może to kwestia wychowania dziecka? - zastanawia się Wójtowicz. - Czasami wystarczy, że nauczyciel odwróci się, a dziecko robi to, co sobie zaplanowało. 

Czy zachowanie dyrektora Wójtowicza jest prawidłowe? Postanowiliśmy sprawdzić jak zachowałby się inny szef szkoły, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3, Paweł Biernacki. Opisaliśmy mu sytuację, ale nie mówiliśmy o jaką placówkę oświatową chodzi. Chcieliśmy, żeby był bezstronny, nie wiedząc, że chodzi o jego kolegę z sąsiedniej placówki.

- Generalnie jest tak, że w każdym przypadku, jeśli widzi się osobę zakrwawioną, wzywa się pomoc, a jednocześnie też udziela się jej. Nie ma znaczenia czy to jest szkoła, czy inne miejsce. Zawsze można podejrzewać, że doszło do obrażeń wewnętrznych - mówi Biernacki. - Nie odnoszę się do tego konkretnego przypadku, tylko ogólnie wyrażam swoje zdanie. 

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Czekamy na opinie pod nr tel. 513 313 112 lub pod adresem e-mail: [email protected]

[ZT]4331[/ZT]

ARTYKUŁ ARCHIWALNY - AKTUALNE INFORMACJE w papierowej Gazecie Miasteckiej

Możesz też kupić e-wydanie. KLIKNIJ przycisk SUBSKRYBUJ na stronie głównej FB i otrzymuj e-mailem Gazetę Miastecką w wersji PDF!

(M.W.)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (5)

NiestyNiesty

12 2

I cyk lansik na fb :D 20 lat temu tez były dyżury nauczycieli a chodziło się na bujki na ogrodowa na bagna.. tak jest jak się nauczy dawać 500 plus węgiel plus makaron plus a później madka ma pretensje do wszystkich tylko nie do siebie... 12:38, 13.10.2022

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

hmmm...hmmm...

9 2

A co z wybitymi szybami , kto za to zapłaci? Dlaczego nie pokazujecie którędy przeszli na te "ruiny"?
Ogrodzenie zostało uszkodzone przez uczniów kilka miesięcy temu , nikt nie kwapił się do jego naprawienia. Naprawdę nikt z personelu szkoły nie zauważył ,że brakuje kliku metrów ogrodzenia od kilku miesięcy? 12:54, 13.10.2022

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

MiastowyMiastowy

12 0

Dawne zacisze ma swoich właścicieli. Teraz matka powinna odpowiedzieć za dewastacje prywatnej własności. Szkoła niedopilnowane a matka nie wychowała 13:50, 13.10.2022

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

JaJa

14 1

Pretensje do szkoły że nie upilnowała dziecka?
Po co łaził poza szkołę? Po co wybijal szyby? Matka go nie uczyła jak ma się zachowywać? Najlepiej obwiniać kogoś,tak?
Moje dziecko jest również na świetlicy i wie co ma robić.a jeśli wychodzi na dwór to jest albo na boisku albo na placu.czy jest nauczyciel czy nie dziecko powinno wiedzieć co mu wolno a czego nie.
Tyle w temacie. 19:36, 13.10.2022

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

Zośka Zośka

4 0

Brak wezwania karetki przez dyrektora jest zdecydowanie naganny. Ale strzelanie fochów przez mamę i pomstowanie na wszystkich (kolegę syna, dyżurujących nauczycieli, szkolę) jest zwyczajnie *%#)!& 00:24, 15.10.2022

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
REKLAMA
0%