Zamknij
REKLAMA

Wspomnienia jeńca wojennego Fransiszka Stanisławskiego

09:29, 07.02.2020 | Dominik Radecki
REKLAMA

Wspomnienia Jana Franciszka Stanisławskiego urodzonego w 1914 roku w Brzeźnie. Spisane w 1976 roku dla Komisji Ścigania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce.

Do 1935 roku wspólnie z rodzicami mieszkałem w miejscu urodzenia w miejscowości Brzeźno. Nie mieliśmy gospodarstwa, a rodzina utrzymywała się z pracy ojca, który był dróżnikiem. Ja w miarę, jak udało się złapać jakąś pracę, też starałem się pomagać w utrzymaniu rodziny. Rodzina nasza składała się z pięciu osób, to jest trojga dzieci i rodziców. Z dzieci ja byłem najstarszy. W 1935 roku ożeniłem się z mieszkanką Gotelpia (koło Czerska) i tak zamieszkałem u rodziców mojej żony. Do 1939 roku zamieszkiwałem w Gotelpiu, tak jak już wspomniałem, u rodziców mojej żony Kunegundy zd. Raszlińska. Przed wybuchem wojny nie zostałem powołany do wojska, także okres walk przeczekałem w domu. W październiku 1939 roku w porze wieczorowej, przyjechało do Gotelpia pięciu gestapowców. Rozpoznałem ich po charakterystycznych czarnych mundurach i trupich czaszkach. Zaczęli wybierać ludzi z domów i ładować ich do ciężarowego samochodu, którym przyjechali. Zabrali wówczas trzy całe rodziny - Rutkowskich, Teszkę, a nazwisk pozostałych rodzin nie pamiętam. Poza tym zabrali mnie z żoną Kunegundą oraz trzech młodych mężczyzn, których nazwisk nie pamiętam. Kiedy nas zabierano nie powiedzieli nam za co nas zabierają i dokąd. Po załadowaniu nas do samochodu, wszystkich razem zawieziono nas do Miastka. Przypominam sobie, że wywieźli nas wtedy 10 osób, siedmiu mężczyzn i trzy kobiety, wszyscy byli młodzi. Po przewiezieniu nas do Miastka rozdzielili nas, wywożąc mnie z żoną do niemieckiego gospodarza o nazwisku Wili Akerman, który posiadał duże gospodarstwo rolne w miejscowości Wustrowo. Co się stało z pozostałymi osobami zabranymi razem ze mną? Nie wiem. Później już się z nimi nie spotykałem. W Miastku, a potem w dalszej drodze, zorientowałem się, że zostałem wywieziony na roboty przymusowe. Po przyjeździe do Wustrowa konwojenci gestapowcy przekazali nas gospodarzowi Akermanowi. Nieco później zorientowałem się, że już wcześniej przywieziono do Wustrowa trzy rodziny polskie oraz kilkanaście osób pojedynczych. Gospodarz mnie i żonę zatrudnił przy pracach gospodarskich. U tego gospodarza przebywałem do końca wojny, aż do kwietnia 1945 roku. Akerman w zasadzie nie był złym człowiekiem. Dawał produkty żywnościowe w dostatecznej ilości, traktował nas po ludzku, nie bił nas i nie znęcał się nad nami. Do Wustrowa więcej ludzi na przymusowe roboty nie przywozili, natomiast do okolicznych wsi to wiem, że przywozili jeszcze dużo osób, najwięcej Polaków i Rosjanek. Bliżej na ten temat nic konkretnego nie wiem.

Natomiast inni gospodarze Niemieccy w stosunku do Polaków przywiezionych na przymusowe roboty odnosili się różnie, np. gospodarz o nazwisku Heiske dosłownie Polaków przywiezionych katował, bił ich na każdym kroku przy czym nie wybierał czy to dorosły czy dziecko. Podobnie gospodarz o nazwisku Bogatzki, też Niemiec, również bił i katował pracujących u niego Polaków, nawet bez żadnej przyczyny. Nie słyszałem natomiast aby oddali oni kogoś w ręce policji. Byli też i inni gospodarze niemieccy, którzy traktowali robotników po ludzku, ale było ich stosunkowo mało.

Nie pamiętam dokładnie, ale chyba w 1943 roku, Niemcy przywieźli najpierw do Wałdowa grupę jeńców wojennych w liczbie 25 osób narodowości rosyjskiej. Zatrudnili ich w majątku Austriaka Millera. Tam też zamieszkiwali w starym budynku, który został ogrodzony drutem kolczastym. Pilnowani byli przez strażników Wehrmachtu.

W 1944 roku sprowadzili także jeńców Francuzów do miejscowości Wustrowo oraz trzech jeńców polskich. Francuzi byli także umieszczeni w budynku ogrodzonym kolczastym drutem i pilnowani również przez strażników Wehrmachtu i zatrudnieni u wspomnianego wyżej gospodarza niemieckiego Heiske. Jeńcy polscy natomiast byli rozdzieleni u gospodarzy i nie byli pilnowani. Jeńcy rosyjscy byli traktowani bardzo źle. Głodzono ich, zmuszano do bardzo ciężkiej pracy i na każdym kroku bito. Bił ich Miller i dozorujący ich strażnicy. Na moich oczach dwóch jeńców zostało zabitych. Widziałem, że nie mogli już pracować i słaniali się na nogach. Wówczas podszedł do nich jeden strażnik i kolbą karabinu jednego uderzył dwukrotnie, a drugiego jeden raz. Uderzenia były tak mocne, że jeńcy zginęli na miejscu. Całe zdarzenie miało miejsce na polu. Obserwowałem to zdarzenie z odległości około 70 metrów, nikogo więcej tam nie było. Było tylko dwóch strażników. Poza tym z tej grupy zmarło jeszcze trzech jeńców, ale czy zostali zabici czy zmarli z głodu nie wiem, ale na pewno umarli z głodu. Pod koniec 1944 roku resztę jeńców gdzieś wywieźli i nie wiem jaki był ich dalszy los.

Podobnie także źle traktowali niemieccy gospodarze jeńców francuskich. Byli bici przez gospodarza niemieckiego i wachmana. Bili ich dość często, ale nie tak jak rosyjskich jeńców. Mieli tam trochę lepsze odżywianie, ale też nie dostateczne.

Dwóch jeńców polskich, którzy byli u Bogatzkiego, też byli źle traktowani przez niego, byli często bici do tego stopnia, że nawet połamał im nogi. Bił ich za najmniejsze przewinienia, a nawet bez powodu. Poza tym wiadomo mi, że w Piaszczynie była także grupa jeńców rosyjskich w liczbie 30 u gospodarza Kausa. Jeńcy ci byli także pilnowani przez żołnierzy Wehrmachtu, ale znacznie lepiej traktowani. To lepsze traktowanie było z tego powodu, że właściciel nie dał się nad nimi znęcać. Byli także lepiej odżywieni i nie było przypadków śmierci głodowej. Grupa tych jeńców była w Piaszczynie, aż do wyzwolenia. Nie słyszałem aby kogokolwiek z nich zabito. Według tego co ludzie mówili wszyscy przeżyli.

W 1942 roku miałem nieporozumienie z robotnikiem niemieckim Gajke, który pracował u tego samego gospodarza co ja. Nieporozumienie powstało na tle pracy. On uważał, że ja za mało pracuję. Kiedyś doszło między nami do bijatyki. Tenże Gajke z zemsty oskarżył mnie przed policją na posterunku w Kramarzynach, że kłusowałem na zwierzynę łowną i o to, że łowiłem ryby w stawie gospodarza Akermana oraz że dokonywałem innych kradzieży. Z powodu tego oskarżenia dwukrotnie przyjeżdżał do mnie policjant niemiecki, a za trzecim razem zabrał mnie do więzienia do Słupska. Tam też miałem w sądzie sprawę za kradzież i skazano mnie na karę 9 miesięcy. Całą karę odbyłem w więzieniu w Słupsku. W więzieniu, tak jak i inni, byłem źle traktowany. Otrzymywałem głodowe racje żywnościowe, strażnicy często bez powodu bili. W mojej sprawie biegłym był leśniczy niemiecki o nazwisku Heinke. Po odbyciu kary wróciłem do gospodarza Akermana.

Jakiś czas potem miałem jeszcze nieporozumienie z gospodarzem niemieckim Bogackim. Doszło między nami do bijatyki w trakcie, której zarówno on mnie, jak i ja jemu porządnie wlałem. Było to zajście na tle osobistym. Podobnie miałem zajście z gospodarzem Heiske. Wówczas to ten Heiske wpadł do mieszkania Chmielewskich, żeby ich pobić i uderzył mnie laską przez plecy. Ja się jednak mu nie dałem, wyrwałem mu tę laskę i sam zacząłem go okładać. Uderzyłem go kilkakrotnie. Zagroziłem mu, że jak zgłosi na policję to zginie. Nie wiem czy się bał tej groźby Bogatzki, jak i Heiske, ale na policję nie poszli, a ja żadnych przykrości z tego powodu nie miałem. Do końca wojny pozostałem u Ackermana, jak i jeszcze przebywałem w Wustrowie jeszcze rok. Później przeprowadziłem się do Lubkowa.

[DAWNY]1581064171764[/DAWNY]

 

(Dominik Radecki)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA