Zamknij
REKLAMA

Zranił kolegę toporkiem, czyli NAGŁY ATAK SPAWACZA w Trzebielinie

10:00, 16.05.2021 | M.W.
Skomentuj
REKLAMA

Spotkali się w sobotę, aby wspólnie pobalować. Skończyło się wizytą policji i przyjazdem karetek pogotowia. W sobotę 17 kwietnia w Trzebielinie doszło do ataku z użyciem toporka. Poszkodowany to pracownik Poczty Polskiej. Zaatakował go emerytowany kolejarz i spawacz, a świadkiem był pracownik Lasów Państwowych. Wszyscy byli nietrzeźwi.

Atakujący został tymczasowo aresztowany, ale później wypuszczono go na wolność, już po wytrzeźwieniu. Byliśmy u niego w domu i rozmawialiśmy na ten temat. Mężczyzna żałuje tego, co zrobił. Dodaje, że chyba jakieś przekleństwo wisi nad budynkiem, w którym mieszka w centrum Trzebielina. Kilka lat temu z okna w tym budynku wyskoczył młody chłopak. Zginął na miejscu. Na domiar złego, syn napastnika ostatnio ciężko zachorował. Do tego jeszcze od mężczyzny odeszła żona. Swój atak tłumaczy on właśnie trudną sytuacją, bo jest ostatnio “kłębkiem nerwów”. 

miastko24.pl

Tylko u nas!

Dla policji sprawa jest prosta. Był atak z użyciem toporka. Jest uszkodzenie ciała, więc będzie postępowanie i sprawa w sądzie. Najprawdopodobniej nie w kierunku usiłowania zabójstwa, ale zamiaru spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz uszkodzenia ciała. 

- W sobotę 17 kwietnia po godzinie 19:00 dyżurny bytowskiej Komendy Powiatowej Policji otrzymał zgłoszenie, że w trakcie spożywania alkoholu jeden z mężczyzn ranił 64-latka siekierą. Na miejsce natychmiast skierowane zostały patrole policji oraz służby ratunkowe. W związku z obrażeniami, ranny mężczyzna został przewieziony do szpitala w Słupsku - informuje Damian Chamier Gliszczyński, rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji w Bytowie. - Policjanci zatrzymali 68-latka, który - zgodnie z wstępnymi ustaleniami śledczych - był sprawcą uszkodzenia ciała. Mundurowi sprawdzili stan trzeźwości uczestników spotkania na miejscu interwencji. Wszyscy byli nietrzeźwi. Policjanci wyjaśniają okoliczności tej sprawy. 

Dotarliśmy do poszkodowanego mężczyzny, który zdał nam dokładną relację, aby nie było żadnych niedomówień. 

- Zaczęło się od tego, że przyszedł do mnie na kawę. Wypiliśmy coś symbolicznie, a później było zaproszenie do altanki. Przyszedł pijany i trochę marudził. Byli z nami jeszcze dwaj inni koledzy. Mówiliśmy mu, żeby poszedł do domu i się wyspał - opowiada poszkodowany mężczyzna.

Z jego relacji wynika, że atakujący to jego wieloletni kolega. Nie raz wspólnie spożywali alkohol.

- On ma w domu trochę problemów, bo żona go zostawiła, a teraz jeszcze musi opiekować się synem, który ciężko zachorował na nowotwór. Być może dlatego "nerwy mu puściły" - komentuje poszkodowany. - To nie jest człowiek z marginesu, ale normalny mieszkaniec naszej miejscowości. Nie wiem co mu odbiło. 

Poszkodowany nie chce go jednak usprawiedliwiać i zaznacza, że do dziś z nim nie rozmawia po tym zdarzeniu. Na szczęście szybko wyszedł ze szpitala, po założeniu szwów. Toporkiem dostał w ramię. Rana była głęboka na około 4 cm.

- Siedzieliśmy tam razem. Przyszedł pijany i zaczął marudzić. Mówiliśmy, żeby poszedł do domu i wrócił, jak się wyśpi. Siedzieliśmy we trzech, a on przyszedł jako czwarty. My jesteśmy spokojni ludzie. Każdy z nas pracuje - zaznacza poszkodowany mężczyzna. 

Wyjaśnia on, iż atakujący - Tadeusz Wojdak - w ostatnim czasie pracował jako spawacz. Nie wie jak to się stało, że doszło do... nagłego ataku spawacza. 

- Mówiliśmy mu, żeby poszedł i on poszedł, ale wrócił z toporkiem w ręku. Stanąłem między nim a drugim kolegą. Próbowałem go odgonić. W pewnym momencie zamachnął się i uderzył mnie tym toporkiem - opowiada poszkodowany. - Drugi kolega w tym momencie go obezwładnił. Nie było to trudne, bo był pijany i ledwo stał na nogach. Miałem wiele szczęścia, bo jak zamachnął się tym toporkiem, mógł uderzyć mnie na przykład w głowę i kto wie jakby to się wówczas zakończyło. Gdybym ja nie doskoczył, to on by tym toporkiem mojego drugiego kolegę centralnie w plecy uderzył. Zachował się jak ostatni idiota. 

Zastrzega on, że Wojdak nigdy nie był nerwowy. Nawet po wypiciu alkoholu nie stawał się agresywny. Jego zdaniem na jego zachowanie wpłynęła trudna sytuacja w domu. Najwidoczniej poczuł się niechciany i odrzucony przez kolegów, gdy kazali mu odejść do domu.

- Dzwonił do mnie po tym zdarzeniu, ale nie odbieram jego telefonów. Niech swoje odcierpi - zastrzega poszkodowany. - W Trzebielinie mówią teraz na niego “Janosik”, bo z toporkiem lata. 

SPAWACZ JANOSIK

Odwiedziliśmy “Janosika z Trzebielina” w miejscu jego zamieszkania. Jeszcze kilka dni po ataku wstydził się wyjść z własnego domu. 

- Wiele z tamtego momentu nie pamiętam. Wiem, że na pewno doszło do bójki. To nie było tak, że wszyscy siedzieli spokojnie, a ja nagle przybiegłem z toporkiem. Mam podbite oko i poszarpaną koszulę. Mam też siniaka na ramieniu. Jestem przekonany, że dostało mi się wcześniej, jeszcze przed tym, jak poszedłem do kolegów z toporkiem - opowiada Tadeusz Wojdak. 

Według jego wersji najpierw został przez któregoś z kolegów pobity. 

- Dostałem w mordę, aż straciłem przytomność i jak się ocknąłem, powiedziałem, że nie będę z nimi więcej pić wódki i idę do domu. Coś mnie podkusiło, że poszedłem do garażu. Nie wiem jak dostałem się przez te wszystkie graty w garażu do toporka, który leżał na półce. Dziwne, że nie przewróciłem się na leżące tam wszędzie narzędzia, a przecież w garażu nie ma światła. Nie pamiętam momentu jak szedłem do nich z tym toporkiem - zeznaje Wojdak. 

Pokazuje obrażenia, które miały zaistnieć przed atakiem z toporkiem. Oprócz podbitego oka, śladów uderzeń na nosie i ustach, jest też siniak na ramieniu oraz faktycznie poszarpane ubrania. - Naprawdę dokładnie nie pamiętam co tam później się wydarzyło. Jedynie z relacji znajomego wiem, że poszkodowany kolega chciał mi prawdopodobnie siekierkę zabrać. Nie chciałem jej oddać, więc prawdopodobnie wtedy się zamachnąłem - opowiada Wojdak. 

[ZT]5237[/ZT]

 

 

Mówi, że cokolwiek z tamtych wydarzeń kojarzy dopiero od momentu, kiedy na miejscu była już policja. Twierdzi, że był zszokowany w chwili, gdy funkcjonariusze powiedzieli mu, że uderzył kolegę toporkiem. 

- Byłem prawie nieprzytomny. Wydmuchałem 2,3 promila alkoholu - zaznacza Wojdak.

Przyznaje on, że to nie była pierwsza jego kolizja z prawem. Za młodu pracował w Hucie Katowice i podobno fałszywie został oskarżony o kradzież, a później była jeszcze gorsza sprawa. 

- Jechałem samochodem ciężarowym przez Katowice. Część drogi była zalana. Pod wiaduktem stały zalane samochody. Nie dałem rady wyhamować i uderzyłem samochodem ciężarowym w trabanta. Zginął tam wówczas 14-letni chłopak - opowiada Wojdak. 

Mówi, że wypadek ten wydarzył się w 1980 roku. Został za to zdarzenie ukarany. Spędził kilka lat w więzieniu. Później wrócił w rodzinne strony. Tadeusz Wojdak pochodzi z Załęża w gminie Koczała. Urodził się konkretnie w Koczale. Po powrocie z południa Polski trafił do Trzebielina. Tu chciał sobie życie poukładać na nowo. 

- Ożeniłem się mając 41 lat. Wychowałem jednego syna, który teraz na domiar złego jeszcze jest chory. Ma raka - tu Tadeusz Wojdak zaczyna płakać. 

Wyjaśnia, że jego syn ma 24 lata i wykryto u niego raka mózgu. - Jest po pięciu chemioterapiach. Walczę o to, aby wrócił do pełnego zdrowia. Na domiar złego z żoną jestem w separacji. Wszystko to złożyło się naraz - opowiada Tadeusz Wojdak. - Do poszkodowanego kolegi chciałem się dodzwonić i go przeprosić. Myślałem, że jakoś się dogadamy, ale niestety nie odbiera ode mnie telefonu. 

Ma on nadzieję, że wrócą jeszcze stare czasy, gdy wspólnie spotykali się i czasami trochę wypili. Wojdak zaznacza, że tamtego dnia z poszkodowanym pili już od rana. Był to taki sposób na odstresowanie się. Dla Wojdaka było to też spotkanie powitalne po zakończeniu kwarantanny. 25 marca zdiagnozowano u niego koronawirusa. 

- Przeżyłem to dość dobrze i zaczęliśmy to oblewać - wyjaśnia.

Jego zdaniem popełnił duży błąd. Mówi teraz, że mógł wrócić do domu i położyć się spać, a nie wracać z toporkiem. 

- Diabeł mnie chyba podkusił - komentuje. - Aż się dziwię, że znalazłem po ciemku ten toporek w garażu i po pijanemu nie potknąłem się i nie zasnąłem. Szkoda, że tak się nie stało, bo zasnąłbym tam i obudziłbym się rano. Nie byłoby tej całej, przykrej sytuacji. 

Wojdak czeka teraz na sprawę sądową. Ma nadzieję, że nie pójdzie do więzienia. Wszak musi opiekować się chorym na raka synem.

AKTUALNE INFORMACJE w papierowej Gazecie Miasteckiej.

(M.W.)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (1)

ŚliwekŚliwek

0 0

Masakra szkoda chłopa 12:56, 16.05.2021

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
0%